niedziela, 17 maja 2015

Cudowna moc ziemi kadzidlańskiego cmentarza*


Historia antropologiczna nauczyła nas patrzeć na przeszłość jak na obcy kraj. Gdybyśmy przenieśli się w czasie, spotkalibyśmy innego człowieka. Nawet jeśli zrozumielibyśmy jego mowę, to wcale nie znaczy, że odkrylibyśmy co ma nam do powiedzenia. Uchwycenie inności, to kwestia fundamentalna. Dlatego właśnie historia zaczęła czerpać z metod wykorzystywanych w antropologii kulturowej, chociaż wielu historyków po dziś dzień uprawia wyłącznie swoje historyczne poletko i nawet nie myśli wystawiać nosa poza miedzę. Tymczasem, to często dzięki unidyscyplinarności możemy spojrzeć na stare problemy inaczej. Jest to szczególnie ważne właśnie w przypadku historii regionalnej, która ma skłonność do zamykania się w swojej prawdziwej czy też często urojonej oryginalności i tylko w niej szuka odpowiedzi.
            Robert Darnton napisał niegdyś, że „kiedy nie potrafimy zrozumieć przysłowia, dowcipu, rytuału albo wiersza, wiemy, że natrafiliśmy na coś interesującego. Dłubiąc w treści dokumentu, tam gdzie jest najmniej zrozumiała, mamy szansę rozwikłać obcy nam system znaczeń. Jedna jego nić może nas nawet doprowadzić do nieznanej, wspaniałej wizji świata”.
             Punktem wyjścia do napisania tego artykułu było właśnie uchwycenie inności. Chciałem, by Czytelnik razem ze mną odbył podróż w przeszłość, by tak jak ja poczuł zapach manowców i razem ze mną dostawał z ekscytacji gęsiej skórki, kiedy elementy zagadki zaczynają wreszcie do siebie pasować. Dlatego ważne jest dla mnie, bym jawił się w tym tekście jako człowiek z krwi i kości.
     Niektórzy historycy po dziś dzień uważają, że dzięki bezosobowej narracji dodają swoim tekstom wiarygodności i „naukowości”. Jest to oczywiście bzdura. Wydaje się nawet, że jest zupełnie odwrotnie. Przecież za bezosobową formą dużo łatwiej ukryć kłamstwo.


      Jedną z najistotniejszych cech współczesnej, ulegającej antropologizacji humanistyki, jest zdumienie. Przyjęło się dziś, że winniśmy patrzeć na świat niczym kilkuletnie dzieci, które bez przerwy pytają: „a dlaczego?”, „a po co?”. Ja, mimo wszystko, staram się nie nadużywać tych pytań, gdyż potrafią wiercić dziurę w głowie widiowym wiertłem; zapalają w niej tajemniczy kaganek, który tli się, dopóki nie zgasi go fala zrozumienia. Człowiek żyje wówczas w tym świecie nieopatrznie postawionego pytania; zaszywa się w swojej pustelni pośród opasłych książek, upodabniając się coraz bardziej do świętego Hieronima, jakiego podziwiamy na najsłynniejszym bodaj obrazie Colantonio. To niebezpieczne. Wszak świętym nie każdy być może. Jakże łatwo można zapomnieć wtedy o bożym świecie, nie spostrzegając nawet lwa, który przycupnął u stóp, prosząc o wyciągnięcie drzazgi z opuchniętej łapy.

Niccolo Antonio Colantonio, Święty Hieronim w pracowni (źródło: Wielkie Muzea. Museo di Capodimonte, Warszawa 2007)

       Pokusa jest jednak ogromna i – bijąc się w piersi – przyznaję, że czasem jej ulegam. Zostawmy może już zatem tę spowiedź, by zafundować sobie podróż w czasie i przestrzeni. Uchyli nam ona rąbka tajemnicy, o której chcę dziś opowiedzieć...
      Trafiamy do Kadzidła. Koniec XIX stulecia zbliża się wielkimi krokami. Stoimy w nowo wybudowanej świątyni, wodząc oczyma po ścianach koloru gliny, to znów zawieszając wzrok na wspaniałym ołtarzu głównym przywiezionym z odległego Kodnia. Zbliża się koniec niedzielnej mszy. Proboszcz Rejchel czyni znak krzyża, błogosławiąc wiernych. Z tłumem Kurpiów opuszczamy kościół i udajemy się na pobliski cmentarz, tonąc w morzu drewnianych krzyży. Tu naszą uwagę zwraca pewna kobieta, która bierze kilka garści ziemi, zawija ją w skrawek materiału i odchodzi. Kierowani ciekawością podążamy za nią. Gdy kobieta znika wreszcie w sieni swej chałupy, podchodzimy do okna, by dojrzeć co dzieje się w środku. W kącie pomieszczenia widzimy leżące na łóżku dziecko; ma rozpalone do czerwoności czoło i miota się niespokojnie w pościeli. Po kilku minutach wchodzi obserwowana przez nas wcześniej kobieta. Stawia na środku izby balię, wlewa wodę, zanurza w niej zawiniątko z ziemią, po czym obmywa ciało dziecka z wielką starannością... i tu musimy już niestety wrócić do XXI wieku.


 
      O tym, że wśród Kurpiów „praktykowało się branie ziemi z cmentarza do kąpieli chorych dzieci”, dowiadujemy się z wizytacji parafii Kadzidło z 1891 roku. Kiedy pierwszy raz natknąłem się na tę informację, natychmiast obudziło się we mnie „antropologiczne dziecko” ze swoimi kłopotliwymi pytaniami: „a dlaczego?”, „a po co?”. Wiertarka z widiowym wiertłem zaczęła groźnie warczeć, a kaganek zapłonął. No cóż... nie było już odwrotu.
      Oczywiście uplotłem wówczas naprędce odpowiedź, że ziemia cmentarna jest ziemią święconą i jako taka, w przekonaniu ludu, mogła mieć cudowne właściwości. Dopiero bogatszy o kilka nieocenionych lektur, odkryłem jak bardzo ta „chrześcijańska” interpretacja wywiodła mnie na manowce.
      Już na początku naszego „śledztwa”, które ma wyjaśnić dziwne zachowanie owej kadzidlanki z końca XIX wieku, należy zaznaczyć, że rytuał brania ziemi do kąpieli chorych spotykamy także w innych regionach kraju. Jest to ważny trop, gdyż w naszych poszukiwaniach nie będziemy musieli ograniczać się tylko do regionu kurpiowskiego, a jak się później okaże, w rytuale tym odnajdziemy również pierwiastki obecne także w innych, nieraz bardzo odległych kulturach.
      Pochylmy się teraz nad miksturą, dzięki której – jak ufała kobieta – chore dziecko miało odzyskać zdrowie. Możemy wyszczególnić w niej dwa podstawowe składniki: ziemię cmentarną i wodę.
      Przyjrzyjmy się wpierw wodzie. W kosmogonii, micie i rytuale woda spełnia identyczne funkcje, niezależnie od kontekstów kulturowych. Niech przemówi w tej sprawie Mircea Eliade (Traktat o historii religii, Warszawa 2009, s. 204): „Woda jest symbolem kosmogonicznym, zbiornikiem wszystkich zarodków, staje się więc również substancją magiczną i leczniczą par excellence: woda leczy, odmładza, zapewnia życie wieczne. [...] Każda woda dzięki uczestnictwu lub degradacji [...] jest skuteczna, płodna i lecznicza”. Jej obecność w miksturze użytej przez kobietę nie powinna nas zatem dziwić, choć jednocześnie nie możemy tego faktu przeceniać, bo nie on jest tu istotny. Co zatem z drugim składnikiem, który wydaje się być kluczowy?
      Jeśli spojrzymy na ziemię z tej samej perspektywy, z której przyglądaliśmy się wodzie, możemy dojść do wniosku, iż te dwie substancje posiadają wiele cech wspólnych. Ziemia, podobnie jak woda, zawiera zarodki, choć w niej wszystko szybciej owocuje; posiada nieograniczoną zdolność rodzenia, jest źródłem siły. Traktuje się ją zatem jako „matkę” ludzi i wszystkich żywych istot. Symbol ziemi-matki jest stałym elementem wszystkich religii. Jej rodzicielskie cechy pojawiają się nie tylko w symbolice narodzin i wzrostu, ale także w symbolice śmierci. Zmarłych chowa się (zwróćmy uwagę na to określenie) w ziemi nie po to, aby zostali tam na zawsze martwymi, lecz po to, by się w niej odrodzili i powrócili do nowego życia.
      W wielu kulturach ziemia była i jest używana jako środek leczniczy. My musimy jednak zwrócić uwagę, że składnikiem badanej mikstury, nie jest ziemia jako taka, lecz ziemia pochodząca z cmentarza. Zastanówmy się zatem teraz, co jest w niej takiego wyjątkowego, odmiennego.
      Wydaje się, że o osobliwości ziemi cmentarnej nie decydował fakt, że była to ziemia poświęcona (wspominałem już o tym wyżej). Świadczyć może o tym to, że jeszcze w końcu XIX wieku w Dąbrówce, ludność chowała zmarłych w nie poświęconej ziemi. Tamtejsi mieszkańcy nie mieli nawet oporów, by w 1888 roku pogrzebać w niej swojego dotychczasowego duszpasterza – księdza Podgórskiego. W sprawie tej protestowały wprawdzie władze duchowne (biskup płocki nakazał zamknąć kaplicę w Dąbrówce), ale wydaje się, że lud nie widział w swym czynie nic zdrożnego.
      Reasumując: w potocznej świadomości Kurpiów, żyjących w XIX wieku, ziemia cmentarna nie stawała się wyjątkowa wyłącznie poprzez akt poświęcenia; decydowały o tym również inne czynniki.
      Na właściwy – jak sądzę – trop w tej sprawie naprowadził mnie Philippe Ariès i jego wspaniała książka – „Człowiek i śmierć”. By podążyć za jego myślami, musimy znów cofnąć się w czasie.
      W wiekach XVI-XVIII popularny był pogląd, że śmierć jest stanem, który ma w sobie coś z życia i coś ze śmierci. Wierzono, że w martwym ciele pozostają pewne formy życia i wrażliwości; przynajmniej dopóki nie ulegnie ono rozkładowi. Arièsowi sekunduje w tej kwestii Jean Delumeau, który mówi o stanie aśmiertelności, rozumianej jako przedłużenie życia zwłok na nieokreślony czas. Przekonanie to miały potwierdzać zaobserwowane zjawiska: zmarli wykonują jakieś ruchy; rosną im włosy, paznokcie, zęby; pot ciągle się wydziela. U wisielców następuje erekcja członka. Zdarzały się przypadki, jakoby ofiara miała krwawić w obecności mordercy. Trupy mogą także wydawać z głębi mogiły jakieś głosy, podobne na przykład do świńskiego chrząkania, a po otwarciu grobu okazuje się, że zmarły pożarł swój całun lub odzież.
      Teoria śmierci-stanu była popularna wśród lekarzy, ale przede wszystkim wśród ludu, który na co dzień obcował ze śmiercią. Uważał on na przykład, że człowiek po śmierci słyszy i pamięta, w związku z czym należy zwracać uwagę na to, co się przy nim mówi. Nieboszczykowi trzeba położyć na powieki monety, by nikogo nie wypatrzył. Dreszcze są swoistą zapowiedzią tego, co będzie się odczuwało we własnej mogile, gdy ktoś zacznie po niej chodzić. Z kolei pewien mężczyzna, któremu zmarła żona, kazał grabarzom nieść ją ostrożnie, by nie odczuła bólu (nie bez kozery życzymy zmarłemu, by mu ziemia lekką była). Prosty lud jeszcze długo nie chciał się pogodzić z nauczaniem chrześcijańskiej elity ortodoksyjnej, spadkobierczyni średniowiecznej scholastyki, która głosiła, że utrata duszy pozbawia ciało wszelkiego życia.
      Zachowanie pewnej wrażliwości, owego pierwiastka życia w ciele zmarłego, miało niemały wpływ na życie codzienne, a przede wszystkim na powstanie osobliwej farmaceutyki. Oddajmy na dłużej głos Arièsowi (Człowiek i śmierć, Warszawa 1992, ss. 350-351): „[...] trupy dostarczały surowców do leków nader skutecznych, a nie mających charakteru magicznego. Na przykład pot zmarłych dobry był na hemoroidy i <<narośle>>; dotknięcie ręki trupa, potarcie tą ręką chorego miejsca na ciele mogło uzdrowić, jak w przypadku pewnej chorej na wodną puchlinę kobiety, która kazała, aby jej brzuch pogładzono ręką jeszcze ciepłego nieboszczyka (oto dlaczego anatomowie mają zawsze zdrowe ręce). Cała seria zabiegów miała leczyć żywą część ciała za pomocą martwej: ramię – ramieniem, nogę – nogą. Wyschnięta czaszka przynosiła ulgę epileptykom (z kości po ich sproszkowaniu, sporządzano wywar). [...] Kości działają również profilaktycznie. Zaleca się je nosić zawieszone na szyi albo wszyte w odzież, ale nie jako memento mori, lecz z uwagi na ich własną wewnętrzną moc [...]. Żołnierze, którzy noszą przy sobie palec poległego żołnierza, mają się doskonale. [...] Garmann [niemiecki lekarz, żyjący w latach 1640-1708] podaje wreszcie receptę na <<boską wodę>> (zwaną tak dla swoich cudownych właściwości) według Thomasa Bartholina i Hieronima Hirnhayma: bierze się całego trupa (totum cadaver) człowieka zdrowego, lecz zmarłego nagłą śmiercią, tnie się go na bardzo drobne kawałki: ciało, kości, wnętrzności; wszystko należy dobrze wymieszać i zamienić w płyn w aparacie destylacyjnym”.
      Wiele podobnych przykładów podaje też Henryk Biegeleisen. Jego książka (Lecznictwo ludu polskiego, Kraków 1929, ss. 67-75) jest ich swoistą skarbnicą. Przytoczę tu tylko krótki fragment: „Do najskuteczniejszych środków lecznictwa ludowego [...] należy ciało zmarłego, jego części i rzeczy najbliższego otoczenia a więc kości, grób itp. Ziemia z cmentarza (nasiąkła siłą życiową), gwoździe z trumny, przedmioty leżące na mogile, uchodzą [...] za lekarstwo. [...] Ziemia z cmentarza, noszona w woreczku na szyji [sic!], chroni od febry (Poznańskie). Na inne choroby każą brać piasek z trzech grobów [...]. Na suchoty skutecznym lekarstwem w Jurkowie jest <<odrobina ziemi wziętej z cmentarza, którą chory zjeść powinien>> [...]. Jeżeli kto z uczestników pogrzebu zachoruje, przynoszą mu ziemi z grobu tego nieboszczyka, na którego pogrzebie zasłabł. Ziemię tę, rozmieszaną z wodą, dają mu pić [...]. Chore śmiertelnie dziecko w Wierzchowiskach kąpią w wodzie, do której <<biorą trzy razy piasku z mogił i zmiatają go miotłą, wziętą z cmentarza>>”. Podobne praktyki znane były na Mazowszu, gdzie chore na gruźlicę dzieci kąpano przed wschodem słońca w wodzie, w której zanurzano szmatkę, zawierającą ziemię z trzech grobów (po trzy miarki z każdego). Dziecko musiało być wykąpane trzy razy w tej samej wodzie, którą następnie wylewano na skrzyżowaniu dróg lub na trzy przęsła płotu.
      Tego rodzaju przykłady można by mnożyć. Najważniejsze jest jednak to, że Ariès i Biegeleisen dotykają w swych dociekaniach także wprost istotnej dla nas kwestii. Uważają, że przekonanie o leczniczych właściwościach ziemi, pochodzącej z grobu (Ariès podaje, że najlepsza do tego celu jest ziemia z grobów wisielców, co dostarcza kolejnego argumentu za tym, że nie ma tu znaczenia fakt poświęcenia, gdyż samobójców grzebano w ziemi nie poświęconej) ma również swoje źródło w koncepcji śmierci-stanu; śmierci, która zachowuje pewne pierwiastki życia i pewien rodzaj wrażliwości. Ziemia umarłych staje się w ten sposób znakomitą pożywką i źródłem życia. Pogląd ten, jak uważał Ariès, opierał się na empirii i „naukowych” (współcześni naukowcy nie darowaliby mi, gdybym nie ujął tego słowa w cudzysłów) fundamentach; magia odgrywała w nim małą rolę, o czym mógłby zaświadczyć fakt, że w XVII wieku londyńskie apteki dostarczały części ludzkich czaszek, pochodzących zwłaszcza z powieszonych zbrodniarzy, a tyrolscy chłopi jeszcze długo potem spodziewali się otrzymać w nich tłuszcz z wisielców.
      Powyższe przykłady nie muszą jednak dowodzić „naukowej” proweniencji omawianych praktyk. Wszak kultura typu ludowego jest pojęciem szerszym niż kultura chłopska i może dotyczyć także elit. By podążyć tym tropem, musimy uciec się do etnologii. Jednym z ważniejszych jej pojęć, sięgającym swymi korzeniami nauki o języku, są opozycje binarne, za pomocą których człowiek podświadomie porządkuje świat i nadaje mu sens. Otóż dane zjawisko lub rzecz istnieje w naszej świadomości dzięki temu, że istnieją jakieś ich przeciwieństwa. Dla przykładu: gdyby jedyną barwą, jaką dostrzegamy był kolor czerwony, to nie byłoby potrzeby, aby go nazywać; istniałby on niejako poza naszą świadomością. Dopiero dostrzegając również inne barwy, pojawia się potrzeba, by kolorowi czerwonemu nadać jakąś nazwę. Innymi słowy: dopiero wyjątek może potwierdzić regułę; w innym przypadku reguła ta nie będzie dostrzegalna.
      W każdej kulturze istnieją zatem podstawowe opozycje bazowe (w naszej będą to np. życie – śmierć, żeńskie – męskie, noc – dzień itp.), porządkujące rzeczywistość. Nie zawsze występują one jednak w czystej postaci. I tak np. ideę płodności mogą konotować różnego rodzaju motywy falliczne, mleko, wiecznie zielone drzewo. Istnieją również przypadki, że pewne rzeczy lub zjawiska nie dadzą się podporządkować żadnej kategorii (np. ekskrementy są niejako „zawieszone” między opozycjami człowiek – nie człowiek, życie – śmierć; obojnactwo z kolei kłóci porządek opozycji męskie – żeńskie). Takie przypadki nazywane są w etnologii mediacjami i w kulturze są obejmowane zakazami – stają się tabu. Zwróćmy teraz uwagę, że zjawisko śmierci-stanu, o którym pisałem wyżej, wpisuje się w charakter mediacji, jako nie dające się sklasyfikować w opozycji życie – śmierć; powinno być więc tłumione w kulturze. Powstaje zatem pytanie: dlaczego fragmenty zwłok, ziemia cmentarna itp., były tak popularnymi środkami leczniczymi?
      Otóż czas i przestrzeń w interpretacji ludowej dzielą się na szereg sprzecznych, nieraz zupełnie sobie przeciwstawnych odcinków. Zupełnie czym innym charakteryzuje się czas kawalerski, czas małżeński, czas umierania. Zmiany te nie muszą być jednak aż tak długotrwałe. Dokonują się również w cyklu rocznym, a nawet dobowym. Czas choroby również wpisuje się w ten schemat, ale o tym opowie najlepiej Ludwik Stomma (Antropologia kultury wsi polskiej XIX wieku oraz wybrane eseje, Łódź 2002, ss. 189-190): „Czas zachorowywania rozdzielić [...] można, podług logiki mitycznej, na trzy okresy: opuszczania stanu zdrowia, marginesu i wejścia w stan choroby. Wyzdrawiania odwrotnie [...]. O ile więc wszelkie odkryte tabu, zjawiska mediacyjne niebezpieczne są dla człowieka zdrowego, gdyż zagrażają mu zepchnięciem poza granice stanu określonego i właściwego, o tyle dla człowieka chorego będą one wskazane i potrzebne, gdyż wskazana i potrzebna jest mu właśnie zmiana stanu. To, co budzi w zdrowym wpojony mu społecznie opór, co zawstydza go i brzydzi, będzie niemal z reguły cennym medykamentem dla chorego. Toteż u podstaw kuracji polegającej na podawaniu pacjentowi środków uznanych społecznie za wstrętne lub nieprzyzwoite nie leży bynajmniej chęć <<zbrzydzenia choroby>>, jak to zdroworozsądkowo interpretowali Kazimierz Moszyński czy Henryk Biegeleisen, lecz logika mediacji”.
      Powyższy wywód Stommy dotyczył wprawdzie wykorzystywania ekskrementów w medycynie ludowej, ale bez trudu da się go przenieść na poruszany przez nas problem. Trzeba jednocześnie nadmienić, że medycyna ludowa lubowała się wręcz w piętrzeniu mediacji i to na wielu płaszczyznach – czasowej, przestrzennej, biologicznej, obrzędowo-magicznej. Im więcej „pierwiastków mediacyjnych” znalazło się w danym medykamencie, tym był on skuteczniejszy (etnografia zna wiele przykładów różnego rodzaju rytuałów, gdzie dużą rolę odgrywają m.in.: miedze, rozstaje dróg, progi chałup, granice wsi, przełomowe momenty cyklu rocznego czy dobowego). Stąd w naszych makabrycznych recepturach pojawiają się zwłoki ludzi zmarłych nagle, wisielców (były to bowiem tzw. złe śmierci, do których człowiek nie mógł się przygotować należycie w sensie obrzędowo-magicznym). Pojawia się w nich także liczba „trzy”, a wszelkie liczby nieparzyste są – podług ustaleń Stommy – utożsamiane ze zmianą właśnie. Poza tym przestrzeń cmentarna sama w sobie była zjawiskiem mediacyjnym, jako łącznik świata żywych i martwych; obowiązywały w niej inne prawa, inne – często na pierwszy rzut oka irracjonalne – zachowania.
      Jeśli przyjmiemy ten strukturalistyczny wywód za słuszny, to stwierdzimy, że lekarstwo użyte przez naszą kadzidlankę nie było zbyt mocne ze względu na niskie spiętrzenie mediacji (oczywiście skuteczność kuracji mogła być wzmocniona przez różnego rodzaju czynniki, jednak lakoniczna wzmianka w wizytacji nie mówi nam nic na ten temat). Trzeba jednocześnie nadmienić, że medycyna ludowa zalecała sięganie po mocniejszy medykament tylko wtedy gdy słabszy nie przyniósł skutku. Należy ponadto zauważyć, że była to końcówka XIX wieku, kiedy to podobne praktyki dzięki dynamicznemu rozwojowi nauki oraz upowszechnieniu jej wśród społeczeństwa, w wielu kulturach już zanikły; o fragmenty ludzkich zwłok było coraz trudniej, a ziemia cmentarna mogła stać się ich swoistym substytutem. Wprawdzie z wizytacji, która skłoniła mnie do powyższych rozważań, dowiadujemy się, że dzięki stosownym naukom głoszonym z ambony, praktyki brania ziemi z cmentarza ustały także w Kadzidle. Nie musimy jednak dawać temu wiary, gdyż podobne zapewnienia odnajdziemy w większości wizytacji. Poza tym jest mało prawdopodobne, by na niedzielnych kazaniach proboszcz Rejchel choć raz wspomniał o dokonaniach Pasteura.
       A nawet gdyby. Czy ktoś by mu uwierzył?

 
 
 
Bibliografia:

Archiwum Diecezjalne w Łomży, zespół I, sygn. 62 – Akta dotyczące Kaplicy w Dąbrówce.
Ariès Ph., Człowiek i śmierć, Warszawa 1992.
Biegeleisen H., Lecznictwo ludu polskiego, Kraków 1929.
Biegeleisen H., U kolebki. Przed ołtarzem. Nad mogiłą, Lwów 1929.
Delumeau J., Strach w kulturze Zachodu XIV-XVIII w., Warszawa 1986.
Eliade M., Traktat o historii religii, Warszawa 2009.
Etnografia Lubelszczyzny – ludowe wierzenia o ziemi (artykuł dostępny na portalu: teatrnn.pl), oprac. M. Wójtowicz.
Kalinowska B., Salus per aquam, czyli... Spa na ludowo, „Rozmaitości”, nr 267 z dnia 07.11.2011.
Keller J., Wstęp [w:] Zwyczaje, obrzędy i symbole religijne, Warszawa 1978.
Majbroda K., Dlaczego humanistyka ucieka w antropologię? Kilka uwag o dostrzeżonym eskapizmie, „Literatura Ludowa”, nr 2/2011.
Materiały wizytacyjne biskupa Michała Nowodworskiego, z. 2: Dekanat ostrołęcki, oprac. ks. M. M. Grzybowski, Płock 2006.
Siemion K., Woda cudowna i woda zwyczajna, „Polska Sztuka Ludowa. Konteksty”, nr 1-2/2002.
Sikora S., Cmentarz. Antropologia pamięci, „Polska Sztuka Ludowa. Konteksty”, nr 1-2/1986.
Stomma L., Antropologia kultury wsi polskiej XIX wieku oraz wybrane eseje, Łódź 2002.
Talko-Hryncewicz J., Zarys lecznictwa ludowego na Rusi południowej, Kraków 1893.
Udziela M., Medycyna i przesądy lecznicze ludu polskiego. Przyczynek do etnografii polskiej, Warszawa 1891.


* Pierwodruk: „Kurpie”, nr 3(50)/2012

niedziela, 15 marca 2015

Uroczystość konsekracji kadzidlańskiego kościoła anno Domini 1783


Do dziś nie wiem jak to się stało, że dopiero po studiach po raz pierwszy zetknąłem się z klasyką mikrohistorii. Była to książka „Montaillou. Wioska heretyków 1294-1324”. Z czasem poznałem kolejne: „Ser i robaki”, „Powrót Martina Guerre’a”, „Wielka masakra kotów”. To co m.in. fascynowało mnie w tych opowieściach, to sposób narracji. Język jest barwny i żywy; nie nuży. Żeby jednak pisać w taki sposób, potrzebne są specyficzne źródła, które pozwolą nam odtworzyć koloryt dawnych lat. Od długiego czasu siedziała we mnie myśl, że fajnie by było w taki właśnie sposób spojrzeć na kurpiowską historię. Nie znałem jednak odpowiednich źródeł, aż do czasu, kiedy – dzięki uprzejmości Michała Bogdańskiego – trafił w moje ręce pewien diariusz. Objętościowo nie był wielki, więc mój artykuł też nie grzeszy długością, ale i tak cieszę się, że udało mi się ożywić te parę dni z końca XVIII wieku.
Tekst ten w skróconej wersji (bez przypisów) ukazał się w numerze 1(48)/2012 magazynu regionalnego „Kurpie”.
 


      W sobotę 27 września 1783 roku zjechało się do Kadzidła duchowieństwa różnego autoramentu. Byli wśród nich kanonicy i proboszczowie, kapłani świeccy i zakonni; wszyscy ubrani uroczyście w stroje nabożne. Spory ich tłum gromadził się w okolicach kościoła. Co pewien czas ktoś z zebranych zadzierał głowę, by ujrzeć w całej okazałości nowo wybudowaną świątynię[1]. Drewniany, majestatyczny kościół górował nad ubogimi zagrodami Kurpiów[2], które tłoczyły się wokół niego niczym poddani u stóp swego króla. Kontrast ten potęgował wrażenie monumentalności budowli, toteż każdy z zachwytem wpatrywał się w zbożne dzieło ufundowane przez starostę Małachowskiego[3].
Około trzeciej po południu wśród zebranych zapanowało wielkie poruszenie. Z ust do ust wędrowała długo oczekiwana nowina: „Biskup Narzymski[4] już blisko!”. Wszyscy w pośpiechu udali się pod wspaniale udekorowaną bramę cmentarną, by tam przywitać czcigodnego gościa. Naraz odezwały się dzwony, a moździerze i armaty zaczęły bić na wiwat, jakby samego monarchę witały.
Po tej ceremonii udali się wszyscy do nowego kościoła, gdzie po krótkiej modlitwie głos zabrał proboszcz kadzidlański – Marcin Szwejkowski. Kwiecistym słowem przywitał biskupa w imieniu swoim, całej okolicy, zgromadzonego duchowieństwa, a przede wszystkim w imieniu Antoniego Małochowskiego. Wspomniał przy tym z wdzięcznością, że dzięki powstaniu sufragani pułtuskiej łatwiejsze jest administrowanie obrządków biskupich w parafii kadzidlańskiej. Na jego słowa ksiądz biskup stosownie odpowiedział, po czym odprawił wraz z duchowieństwem nabożeństwa i modlitwy.
Następnego dnia (28 września) rozpoczęła się kilkugodzinna celebracja poświęcenia kościoła[5] pod przewodnictwem biskupa Narzymskiego. W trakcie tej uroczystości na wspaniałym postumencie wystawiony był pięknie ozdobiony i iluminowany portret fundatora – Antoniego Małachowskiego. Okalały go cztery geniusze[6], trzymające na rogach wizerunku następujące napisy: Deo suo erexit (wzniósł swemu Bogu[7]), Munificentissime ornavit (bardzo szczodrze ozdobił), Liberalissime dotavit (bardzo hojnie wyposażył), Religiosissime consecrari curavit (z największą czcią poświęcenia dopilnował). Odbywszy ostatnią procesję z relikwiami, ksiądz konsekrator zasiadł na faldistorium[8] naprzeciwko wielkich drzwi, po czym przemówił z wielką gorliwością. Wygłosił naukę do ludu o poszanowaniu kościołów, a następnie podziękował fundatorowi za tak wielkie dzieło, przypominając przy okazji jego zasługi, zaszczyty, sprawiedliwości w magistraturach oraz rzadkie już cnoty i hojność na Domy Boże. Po skończonej uroczystości poświęcenia odprawił mszę świętą, na której wyborne kazanie miał ksiądz Wacław Piasecki, rektor łomżyńskiego konwentu pijarów. Następnie wszyscy udali się na obiad, gdzie przy akompaniamencie kapeli i huku armat „spełniane było zdrowie” biskupa Narzymskiego, Antoniego Małachowskiego, a także innych osób. Po obiedzie biskup bierzmował, po czym odbyły się uroczyste nieszpory, na których kazanie wygłosił ksiądz profesor Turowski – pijar łomżyński.
Nazajutrz (29 września) biskup Narzymski rozpoczął odprawianie czterdziestogodzinnego nabożeństwa, które było całorocznie celebrowane w diecezji płockiej. Był to też dzień imienin biskupa płockiego – Michała Jerzego Poniatowskiego[9], toteż proboszcz Szwejkowski, kierowany wielkim przywiązaniem do swego zwierzchnika, a także rozkazem Antoniego Małachowskiego, zadbał o to, by był on wyjątkowo uroczysty.
Wszystko rozpoczęło się już o czwartej rano. Dało się wówczas słyszeć huk armat i moździerzy, ogłaszający całej okolicy wesołą nowinę. Wystawiono na postumencie iluminowany portret czcigodnego biskupa, który okalały cztery kształtne figury. Pierwsza symbolizowała ojczyznę; druga – diecezję; trzecia – Radę Nieustającą[10]; czwarta – rodzinę królewską. Każda z nich posiadała napis (kolejno): Sapientissimo et magno Senatori (najrozsądniejszemu i wielkiemu senatorowi), Vigilantissimo et optimo Pastori (najtroskliwszemu i najlepszemu pasterzowi), Prudentissimo Iustitiae Consuli (najbieglejszemu w prawie urzędnikowi), Dignissimo Principi et Regio Fratri (najczcigodniejszemu władcy i królewskiemu bratu).
Uroczysta atmosfera wnet udzieliła się duchowieństwu, toteż biskup konsekrator odprawił wotywę, na której kazanie miał kanonik kruszwicki i proboszcz myszyniecki – Paweł Giziński. Oznajmił ludowi, że są dziś obchodzone imieniny biskupa Michała, którego przezorność i staranie napełniają diecezję płocką najlepszymi ustawami. Dodał na koniec, że jest to wielki dar niebios mieć tak dobrego pasterza. Po skończonej modlitwie jeszcze raz zwrócono się do ludu, napominając o obowiązku modłów w intencji czcigodnego solenizanta. Wówczas to biskup konsekrator zaintonował Te Deum laudamus (Ciebie Boga wysławiamy), podczas którego dało się słyszeć wielokrotne wystrzały z armat, moździerzy i strzelb. Po tej uroczystości wszyscy zaproszeni goście, tak świeccy jak i duchowni, udali się na obiad. Nim jednak zasiedli do stołów, biskup Narzymski odbierał od wszystkich powinszowania w imieniu swojego zwierzchnika, a w czasie posiłku wzniósł toast za jego zdrowie. Przy tej okazji Kurpie znów stokrotnie dali z armat i moździerzy, a stu mężczyzn ubranych jednakowo, jeszcze długo strzelało ze strzelb ręcznych.
Wieczorem przy pięknie oświetlonym kościele zebrał się tłum Kurpiów, wołając: „Niech żyje nasz pasterz!”. Na iluminowanej wieży grała kapela, śpiewając „po wiejsku ułożoną” pieśń, zawierającą życzenia od dalekiego i leśnego ludu Kurpików, a każda jej strofa kończyła się gromkim: „Niech żyje Michał, nasz pasterz kochany!”.
      Przez następne dni kończyło się czterdziestogodzinne nabożeństwo z kazaniami, naukami, medytacjami oraz innymi pobożnymi obrządkami. Biskup Narzymski codziennie rano oraz po obiedzie bierzmował i w środę (1 października) po południu, pożegnany przez wszystkich, odjechał. Tego dnia po nieszporach odbyła się jeszcze publiczna procesja, kończąca pięć niezwykłych dni w historii kadzidlańskiej parafii.
 
Michał Jerzy Poniatowski, biskup płocki w latach 1773–1785
(źródło: www.plock24.pl)




[1] Pierwszy kościół w Kadzidle został wybudowany w 1740 roku. W czasie wizytacji parafii w 1775 roku był już jednak w złym stanie. Dzięki zaradności Marcina Szwejkowskiego, który objął komendę nad kadzidlańską parafią w listopadzie 1777 roku, rozpoczęto w 1781 roku budowę nowej świątyni (akt erekcyjny wydano 26 marca tegoż roku w Pułtusku), która dwa lata później była już zakończona. Kościół ten, wzniesiony pod tytułem świętego Onufrego, był długi na 56 łokci warszawskich (około 33,5 metra), szeroki na łokci 30 (18 metrów) i wysoki na 20 łokci (12 metrów). Posiadał piętnaście okien, troje drzwi zewnętrznych i czworo wewnętrznych. Front budowli wieńczyła, wznosząca się nad chórem wieża dzwonnicza, stanowiąca swoistą kopułę świątyni.
[2] Lustracja z 1789 roku podaje, iż w Kadzidle było wówczas 51 gospodarzy.
[3] Budowę kadzidlańskich kościołów wspierała rodzina Małachowkich. Pierwsza świątynia została wzniesiona staraniem Jana Małachowskiego, druga z kolei, staraniem jego syna – Antoniego. Obaj piastowali wiele godności, będąc także starostami ostrołęckimi. Wiele wskazuje na to, że Antoni zaczął nieco bardziej interesować się sprawą kadzidlańskiej parafii od momentu gdy stany Rzeczypospolitej na sejmie w latach 1773–1775 oddały mu starostwo ostrołęckie w dzierżawę emfiteutyczną, czyli długoletnią (50 lat), z obowiązkiem doprowadzenia terenu do lepszego stanu. Na jego postawę wpłynęły zapewne także domagające się pomocy prośby Marcina Szwejkowskiego.
[4] Tadeusz Norbert Narzymski został w 1778 roku mianowany przez biskupa płockiego Michała Jerzego Poniatowskiego pierwszym sufraganem oraz prepozytem pułtuskim. W tymże roku został także prekonizowany biskupem tytularnym ewarieńskim. Co ciekawe po jego śmierci, która nastąpiła w 1799 roku (został pochowany w Bogatem pod Przasnyszem), biskup płocki Onufry Kajetan Szembek mianował jego następcą na sufraganii i prepozyturze pułtuskiej Marcina Szwejkowskiego, który niestety zmarł, nie doczekawszy się zgody władz pruskich na jego prekonizację.
[5] Według późniejszych źródeł wraz z kościołem konsekrowany był także ołtarz główny.
[6] Geniusz – rzymski duch opiekuńczy każdego mężczyzny, ukazywany w sztuce nowożytnej jako uskrzydlone nagie dziecko lub młodzieniec. Z biegiem lat zaczęto utożsamiać go z aniołem, zwłaszcza aniołem stróżem.
[7] Tłumaczenia własne.
[8] Faldistorium – reprezentacyjne krzesło lub stołek o skrzyżowanych nogach używane od wczesnego średniowiecza w kościołach i na dworach.
[9] Michał Jerzy Poniatowski – brat króla Stanisława Augusta. W 1773 roku został biskupem płockim. Nie poświęcał diecezji zbyt wiele czasu, ale dzięki odpowiedniemu doborowi współpracowników zarządzał nią sprawnie. Uporządkował kancelarię, wprowadził coroczne rekolekcje dla księży i obowiązek głoszenia misji w parafiach. Za jego rządów powstał dekanat ostrołęcki.
[10] Michał Jerzy Poniatowski był wówczas konsyliarzem Departamentu Sprawiedliwości w Radzie Nieustającej.